Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nie mogą wytrzymać.

Był początek października, gdy w mojej skrzynce e-mailowej zaczęły pojawiać się biało-czerwono-zielono-złote oferty zatytułowane: poczuj magię świąt, tradycyjne święta, białe święta, przygotowania do świąt Bożego Narodzenia  itd. No nie mogą wytrzymać no. Do świąt jeszcze daleko ale handlarzy świerzbią łapki na pieniąchy, już pragną rozpocząć najbardziej dochodowe żniwa w roku. Bo to właśnie  Boże Narodzenie jest powodem nieopanowanego kupowania i generuje sklepom największe zyski. Kiedyś jeszcze wykazywali się odrobiną taktu i czekali, byśmy 1 i 2 listopada mieli odpowiedni spokój i atmosferę skupienia do celebrowania pamięci o odeszłych ale teraz już nie. Z roku na rok granica obsesyjnej konsumpcji przesuwana jest coraz bardziej, rozłazi się już nie na dni czy tygodnie, ale na całe miesiące. Już w październiku każą nam myśleć o Bożym Narodzeniu! Uwielbiam święta, ale figa z makiem podstępnym handlarzom wykorzystującym ludzkie emocje, obiecuję wam przeżyć święta jak należy...

Light Move Festival 2015.

Latem cieszyłam się ferią kolorów --->KLIK<---   a jesienią doświadczałam magii światła. Była to już piąta edycja Light Move Festival w Łodzi. W każdej uczestniczyłam i co roku słyszałam, tudzież sama wyrażałam opinię, że poprzednia była lepsza. Nie inaczej było i teraz ale przyznaję, że nie wszędzie dotarłam. Wędrówki wśród ludów ograniczyłam tylko do ulicy Piotrkowskiej, a tym razem impreza rozeszła się znacznie głębiej w miasto i nie na Pietrynie działo się najlepsze. Trochę to niesprawiedliwe, bo przeciskanie się wśród gęstego tłumu tak męczy jak muchę w smole i naprawdę albo tylko bardzo zdesperowani, lub bardzo silni mają ochotę na dalsze zwiedzanie. Szczęśliwi, którzy wiedzieli gdzie od razu udać się po najefektowniejsze efekty, ja ślepo brnęłam przed siebie licząc, że może teraz, może za rogiem, może tu coś mnie zaskoczy, ale nie. Nic z tego. Widziałam kilka artystycznych projekcji, opowiadających historie niezrozumiałe dla prostego pospólstwa jakie reprezentuję, w w...

Warto.

Jest wiele powodów, dla których warto raz w roku rzucić pracę, rutynę codzienności i zaszyć się gdzieś na dłużej. Jednym z nich jest to, że po powrocie może ucieszyć się ktoś, po kim nie do końca się tego spodziewasz.  Stefan, kiedy mnie zobaczył, podbiegł do mnie potrząsając pomponikiem (ogonkiem) na wszystkie strony, prychał, parskał i tulił się do mnie zupełnie jak nie Stefan. To było piękne, aż kolegę K., który obserwował nasze wylewne powitanie naszła zazdrość i powiedział: - No... kiedy ja wróciłem z urlopu, to się tak nie cieszył. Może dlatego, że kolega nie drapie Stefana po dupsku, kiedy tego potrzebuje, he, he. Ty jesteś drapanie, a ja jestem szczęście:

Pożegnania.

Dziś nastrój mieliśmy pożegnalny. Ostatni raz poszliśmy na spacer nad Kwisę . Rzeka płynie wartko do przodu, bez zatrzymywania się, zupełnie jak czas. Jednak zapachami wody, roślin i szemraniem, niczym wypowiadanym zaklęciem, cofnęła go przywołując wrażenia z wakacji dzieciństwa, kiedy spędzałam lato u babci, w drewnianym domu opodal rzeki. Minęło wiele lat bogatych w wydarzenia, doświadczenia, no i postarzałam się.. więc przemijanie naprawdę mnie dotyczy? Później ostatni raz pojechaliśmy snuć się ulic zkami  Görlitz i zjeść obiad w ulubionej restauracji Piwnica Staromiejska nad Nysą Łużycką. Może za rok nie będzie ulubiona. Wyobraźcie sobie, tydzień temu biesiadowaliśmy tu przy okazji uczestniczenia w dorocznym święcie miasta - Jakubach. Podczas dzielenia się kąskiem arbuza, kawałek owocu utkwił w dozowniku butelki z oliwą. Zwróciłam uwagę na ten fakt kelnerce. - O tu nam wpadło, przepraszamy, trzeba umyć. Wtedy kelnerka owszem zabrała zabrudzone naczynie, robiąc wrażenia...

Jak Feniks z popiołów.

Pewne wakacyjne wydarzenia i miejsca Dolnego Śląska stały się dla nas konieczne do szczęścia i bez znudzenia celebrujemy je co roku od czterech lat. W jednym z  ostatnich dni naszego urlopu, w łaśnie taką wyjątkową radość zafundowaliśmy sobie odwiedzając ruiny  zamku "Miecz" w Świeciu .   Pisałam o tym niezwykłym miejscu tutaj  --- >  KLIK  <---  Zwyczajowo dzielnych właścicieli obiektu zastaliśmy z zakasanymi rękawami przy pracy. I tym razem miła pani poświęciła nam czas, by opowiedzieć o tym, co udało się zrobić od ostatniej naszej wizyty. Zachwyciliśmy się powstającymi na nowo murami dawnej karczmy, gdzie takie elementy jak portale, kratownice w oknach czy belki stropu były szukane na rynku specjalnie wśród najstarszych, dla zachowania klimatu wiekowości tego miejsca. To nie tak, że wystarczy rozkopać tu ziemię i znajdzie się wszystko by poskładać jak pogubione klocki (do dzisiaj miałam właśnie takie wyobrażenie). Pani właścicielka-archeolog ...

Opowieść o Domu pod Sową.

Dziś wieczorem poprosiłam panią Katję o historię Domu pod Sową. Gospodyni uraczyła mnie opowieścią, którą teraz podzielę się z Wami. A było to tak... Pani Katja marzyła o małym białym domku na wsi. Mąż pani Katji, pan Kuba, po kilku tygodniach poszukiwawczych wycieczek, natknął się na stary budynek, który owszem był jasny, bo mury zbudowane miał z piaskowca, ale wielkością należał do sporszych. Dostępu do głównego wejścia bronił wyrosły przed nim dąb, zdewastowane wnętrza zdradzały ślady schadzek okolicznej żulerni, w środku znalazły się nawet pozostałości po rozpalonym ognisku. Nie było tablicy ogłaszającej chęć sprzedaży posiadłości ale pan Kuba widząc, że miejsce jest opuszczone, miał nadzieję, że komuś na nim nie zależy i chętnie się go pozbędzie. Wstąpił po informacje do sołtysa mieszkającego opodal i otrzymał kontakt do właścicieli zbudowania.  Kiedy pani Katja zobaczyła jaki dom upolował mąż, zdziwiła się jak bardzo odbiegał od jej oczekiwań, ale polubiła go więc za...

Dziewczyny z Domu pod Sową.

Jak dobrze wstać skoro świt w Domu pod Sową, można wtedy podpatrzeć jak gospodyni, pani Katja, doi kozy. Igor Herbut, wokalista zespołu LemON, w pewnej rozmowie w telewizji zapytał: - To jest smutne, potrafisz prowadzić auto, a potrafisz wydoić krowę? Miejsce na refleksję: To może chociaż kozę? Ja też nie… nawet nie spróbowałam, tylko patrzyłam. Za to pani Katja bardzo sprawnie napełniała wiadro białym płynem, opowiadając przy tym o dziewczynach. W Domu pod Sową, kozy ogółem nazywane są dziewczynami a pojedynczo noszą bardzo gustowne imiona: MIMOZA (zdrobniale Mimi) - brązowa BEATRYCZE (zdrobniale Beczka) - biała ROZALIA - czarna Historia ostatniej rozmiękczyła mnie totalnie, a było to tak…  Pewnego dnia, mąż pani Katji, pan Kuba, udał się do właściciela Rozalii w zupełnie innej sprawie. Nie miał planu powiększania sowiego zwierzyńca, ale usłyszał od gospodarza: "albo ty ją pan weźmiesz, albo pójdzie na mięso". Bowiem Rozalia okazała się genetyczną ...